czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział I - Zimą na śmietniku

  27 listopada. Rok 2346.

 Zima.
 Czas, kiedy idąc słyszysz chrzęst śniegu pod stopami, kiedy dzieci wesoło rzucają w siebie śnieżkami, budują fortece z białego puchu, drzewa są pozbawione liści, a mniejsze miejscowości mimo postępu technologicznego zasypane, a co za tym idzie - odcięte od świata.
A ty z uśmiechem wracasz do swojego domu, grzejesz się przed buchającym gorącem kominkiem i popijasz herbatę.
Jeżeli tylko masz gdzie wracać.
Nie lubię zimy. Ba, można nawet rzec, że jej nienawidzę. Trochę się jej obawiam.
A jeszcze kilkanaście miesięcy temu bawił mnie czarny jak smoła żart:
,, - Co najszybciej rośnie, kiedy spadnie śnieg?
- Liczba zgonów wśród bezdomnych! ''
Pora roku, na myśl o której zaczynałem drżeć, zarówno z zimna, jak i ze strachu, że jej nie przetrwam.

 Czasy, gdy ta nadchodziła, a ja nie musiałem przejmować się kwestią taką, jak skąd wezmę ciepłe ubrania, czy jedzenie, już na dla mnie minęły.
   Podciągnąłem nogi pod brodę i objąłem kolana zmarzniętymi dłońmi.
Siedziałem oparty o zniszczony, pokryty graffiti mur. Było mi upiornie zimno.
  Obok mnie przechodziły tłumy obojętnych ludzi, którym w przeciwieństwie do mnie - powiodło się w życiu, najprościej mówiąc.
     Dla nich nie różniłem się niczym od stert śmieci, zapychających ich, zapewne fikuśnie pozłacane śmietniki.
Chociaż, nie wszyscy byli zupełnie obojętni.
Od czasu, do czasu, ktoś skupiał na mnie wzrok.
Parę minut temu była to czarnowłosa, starsza kobieta w futrze, ściskająca w szponiastej dłoni coś, co przypominało mi krzyżówkę mopa ze szczurem.
Na jej twarzy malowała się odraza, a ,,mop'' zaczął piskliwie ujadać, wręcz raniąc uszy moje, jak i przechodniów.
Prychnęła coś pod nosem, pogładziła trzymanego stwora po łbie i poszła dalej.
      Możliwe, że była jedną z tych przedstawicielek miejskiej elity, które uważają, że osobnicy tacy jak ja, powinni być zmiatani z powierzchni ziemi, nawet jeżeli są zupełnie nieszkodliwi.
Nie odzywałem się do ludzi, nie żebrałem.
Jedyne słowa jakie wypowiadałem, ograniczyłem do chrapliwego ,,przestańcie'', kiedy jakieś grupki dzieciaków, przekonanych o swojej wyższości, bo mają bogatych rodziców i wianuszek fałszywych przyjaciół, zaczynały ciskać we mnie kamieniami, czy tym, co miały pod ręką.
      Narzekam na swój los, a prawdę mówiąc, sam jestem sobie winny.
Tak, byłem kolejnym idiotą, myślącym, że zawojuje świat, jak ucieknie z domu.
Tylko zdecydowana większość z tych głupich nastolatków mogła wrócić, jak zgłodnieje do rodziców, podkulić ogon i rodzinka szczęśliwa, znów w komplecie.
Ja nie mogłem, a może się bałem, ale nie miałem po co - byłem już dorosły, teoretycznie mógłbym sobie poradzić sam.
Oprócz tego, że dorosły, to jeszcze zmarznięty i głodny.
Wróciłbym coś zjeść...  Na moment...
         Tylko rodzice, prawdopodobnie zabiliby mnie gołymi rękoma, widząc w domu.
Ojciec sam powiedział, a raczej wycharczał w dzikiej furii, że już nie jestem jego synem.
Matka tego samego feralnego dla mnie dnia, udała się do urzędu z prośbą, by część mojego numeru identyfikującego zmienić.
Z ,,VRN1002323B1504A na ,,VRN6002323B1504A''
Drobna zmiana, prawda?
Niestety, dla systemu ,,szufladkującego'' ludzi, miała ogromne znaczenie.
Magiczne ,,600'' oznaczało moją kategorię -  przestałem być  umiarkowanie ważnym obywatelem, stałem się bezwartościowy, uczyniono mnie kimś, w kogo nie ma już sensu dłużej inwestować, pieniądze państwa poświęcono na bardziej ,,przyszłościowe'' jednostki.
Bezwartościowy... Brzmi tak, jakby uważano ludzi za rzeczy, które albo przynoszą zysk, albo nie.
I tak właśnie jest.
   Jednak wracając do tematu matki, nie stało się to od tak.
Złożyła wyczerpujące - w całości wymyślone,  możliwości jej przegniłej wyobraźni były ogromne - pisemne oświadczenie, w którym zawarła między innymi, iż: stoczyłem się, zwariowałem, mimo, że wychowywała mnie w ,,tym cudownym miejscu'', zgodnie z zaleceniami najlepszych opiekunek, w ,,patriotycznym duchu'' i tak dalej...
      Jednak, ze smutkiem jestem zmuszony dodać, że sam to potwierdziłem, gdy zostałem wezwany na rozmowę do jakiegoś budynku, któremu z chęcią przybiłbym szyld z napisem Poradnia Szczęśliwej Rodziny, doprawdy.
Dostawałem ataków szaleńczego śmiechu, zamiast odpowiadać długimi zdaniami na pytania arcypoważnej kobiety za szklanym, połyskującym biurkiem.
Jednak nie byle jakiej kobiety - była wyposażona w małą maskę gazową.
Absurdalna sytuacja, czyż nie?
Jakby się obawiała, że zarażę ja swoją ,,chorobą''...
Pachnie, a raczej zalatuje czymś na kilometr - łapówką, manipulacją.
Oczywiste, że w pomieszczeniu był rozpylono jakiś gaz, który wprawił mnie w taki nastrój.
    Jedno swojej matce musiałem przyznać; była sprytną, bezwzględną kobietą, która nie odpuści, dopóki nie osiągnie swego celu -  za wszelką cenę.
Moi rodzice byli powszechnie szanowanymi ludźmi, długo pięli się po szczeblach hierarchii społecznej, nim znaleźli się tam gdzie byli.
Syn, który w według nich, (a moim zdaniem ich tok myślenia zatrzymał się w dobrym XXI wieku)  zwariował, w momencie, kiedy tylko wyjawił im kilka swoich cech, skrzętnie ukrywanych przez ponad siedem lat, mógł sprawić, że cały ich trud poszedłby na marne wraz z chwilą, gdy moje ,,sekrety'' ujrzałyby światło dzienne.
Oboje, bez choćby mrugnięcia okiem, czy chwili zawahania, oświadczyli, że jeżeli zamierzam pozostać ,,tym drugim, którego nie znali'', zamkną mnie w głębi domu, a osoby z mojego otoczenia powiadomią o mej rzekomej śmierci, twierdząc, że nie mogą tak pozostawić sprawy.
   Uciekłem, to był wówczas jedyny słuszny ruch, jaki przyszedł mi do głowy.
Wcześniej buntowniczo utleniłem sobie włosy, chcąc by były całkowicie białe i zrobiłem fioletowe końcówki.
O dziwo, na początku ,,tułaczki'' najbardziej żałowałem decyzji o zmianie koloru włosów.
W mieście oddalonym niecały kilometr od mojego porzuconego domu... Właśnie, proszę o wybaczenie za moje nagminne używanie zapomnianych już przez większość archaizmów, jednakże przez czytanie starych, napisanych niekiedy trzysta lat temu ksiąg, bardzo je polubiłem. Dla przykładu: ,,kilometr'' - jak ładnie brzmi archaiczna nazwa  jednostki wyrażającej tysiąc równie zapomnianych metrów.
Cóż, znowu zboczyłem z tematu, raz jeszcze przepraszam.
Ach, tak! Miasto! Otóż w mieście o ślicznej nazwie Civally, dostałem pracę. Z powodu ,,niestandardowych'' włosów, wiele czasu zajęło mi jej znalezienie.
Nie chciano przyjąć mojej kandydatury na żadne stanowisko, na którym miałbym fizyczny kontakt z ludźmi - to dyskryminacja ,,oryginalności'', nieprawdaż?
A przecież na ulicach ulotki rozdawały osoby o wiele bardziej wymyślnym wyglądzie!
Prawdziwe, niedoczepiane kocie uszy, czy ogony były na porządku dziennym, dzięki poziomowi, na jakim znajdowała się technika i medycyna.
Jednak nie to chciałem rzec.
Ów niezbyt wymagającą od mojej osoby myślenia i wysiłku pracę, (jaką było układanie w pudełkach galaretowatych podkładek, w dotyku przypominających silikon) straciłem po niecałym tygodniu, dzięki wrodzonej niezdarności i niezwykłej umiejętności do zrażania do siebie współpracowników.
Potem poszło mi jak z górki. I mam tu na myśli, coś w rodzaju szybkiego sturlania się na samo dno po kamienistej górce.
I tak zaczął się prosty łańcuch:
~nie ma pracy ~ nie ma pieniędzy
~nie ma pieniędzy ~ nie ma domu
~ nie ma domu ~ nie ma ciepła
~ nie ma ciepła ~ może być  śmierć
~ nie ma śmierci? ~ więc jesteś żywy na ulicy, choć wolałbyś nie żyć, byle tylko już nie prowadzić takiego nędznego żywota.
Przetarłem oczy.
Opowiedziałem już zdecydowanie za długą i nudną historię życia, do tego strasznie zagmatwaną, ale chyba parę spraw wyjaśnić mi się udało, prawda?
         A nie wspomniałem niczego, nie licząc włosów, o swoim aktualnym wyglądzie.
Ba, nie znacie nawet mojego imienia, co chyba zbyt dobrze o mnie nie świadczy...
Przejdę w takim razie do części ,,oficjalnej''.
         Dawno, dawno temu, w roku 2323, 15 kwietnia, w Noshao na świat przyszedł nowy człowiek, któremu rodzice nadali imię ,,Rayami''.
Ów człowiek przejął po rodzicach nazwisko ,,Vithera''.
A 27 listopada 2346 roku, siedział na zimnym chodniku oparty o mur, głodny i zmarznięty, właściwie z własnego, desperackiego wyboru.
      Ubrany w podniszczony, brudny, brązowy płaszcz, który swym wyglądem mógł kojarzyć się z bardzo wydajną siatką łapiącą mole. Na stopach miał czarne, przetarte buty, podobne kształtem modnych w zamierzchłych czasach creepersów.  A na nogach podziurawione i poszarpane, popielate spodnie. 

      Pod tymi wszystkimi warstwami starych i zniszczonych ubrań, znajdował się, mniej - więcej,  szkielecik, na który ktoś niezbyt umiejętnie narzucił zdecydowanie zbyt małą ilość skóry.
 Skóra ta  zdawała się być naciągnięta do granic możliwości na człowieczku, jakby miała za chwilę pęknąć, niczym jakaś cienka, blada, pergaminowa karteczka.
Z tego co udało mi się z trudem dostrzec, miał też intensywnie granatowe tęczówki.
I, co potwierdzają kosmyki - właśnie zdmuchnięte przez mały powiew wiatru z jego palców oraz odbicie w szklanej witrynie sklepu - rozczochrane białe włosy, sięgające do ramion, był też posiadaczem niesfornej grzywki, przełożonej teraz za ucho, by nie zasłaniała lewego oka. 

Stworzenie o wyjątkowo żałosnym wyglądzie, z zapadniętymi policzkami i momentami psychodelicznymi uśmieszkami, wykrzywiającymi jego zaschnięte, usta z wydatną dolną wargą.
     Widać, jak ładnie sobie poradziłem z opisem samego siebie, z perspektywy przypadkowego przechodnia, mającego okazję na mnie patrzeć. Akurat jakiś stał około trzy metry przede mną i wpatrywał się we mnie, jakby się nad czymś bardzo pilnie zastanawiał.
Co to ma dzisiaj być...? Jakiś Dzień Nieobojętności Na Ludzką Krzywdę?...
- Idealny - wyszeptał człowiek w czarnej, sięgającej ziemi... właściwie szacie, co było dość niespotykanym dzisiaj strojem. Nie zdążyłem się przyjrzeć jego twarzy, po chwili zarzucił na głowę kaptur, który cieniem całkowicie zasłonił jego oblicze.
     Nie mogłem również dostrzec, czy nie mówi do jakiegoś małego urządzenia.
Zrobił kilka kroków w moją stronę. Instynktownie przywarłem bliżej do zimnej ściany, posyłając mu zlęknione spojrzenie.
Rozejrzałem się niespokojnie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ruchliwa, pełna kolorowych świateł i różnych głosów ulica, nagle w niewyjaśniony sposób ucichła, i opustoszała.
Nawet śnieg zdawał się  - podobnie jak wszyscy ludzie od zakupów - zrobić sobie przerwę od sypania.
Wszystko niespodziewanie zamarło i wyglądało na to, że oprócz mnie i tego człowieka, na ulicy nie ma żadnej żywej duszy.
  Tylko kilka latarni i neonowy napis nad drzwiami sklepu z ubraniami, jakby trochę nieśmiało oraz z mniejsza mocą, dalej niezmordowanie  oświetlał ściany, wraz z kawałkiem chodnika.
Ja tu trułem o zmianach dookoła, a nieznajomy był coraz bliżej. Niepokoił mnie fakt, że trzymał prawą rękę za plecami, jak ktoś, kto chce coś ukryć.
Powoli wyciągnął schowaną do tej pory dłoń, w ciągu ułamka sekundy zerwałem się na równe nogi, widząc co trzyma.
            Chciałem uciekać.
            Niestety. On był szybszy.
             Krawędzie utraciły ostrość.
             Sparaliżowany patrzyłem na strzykawkę wbitą w moje ramie.
             Zakołysałem się i upadłem, uderzając się o marmurowy krawężnik.
            Mając wrażenie, że w moich uszach znalazła się woda, słyszałem szyderczy śmiech.
            Później była już tylko ciemność.
            I ból.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Taaak~! Wreszcie udało mi się napisać pierwszy rozdział! *oklaski w tle i dźwięk otwieranego szampana*
Będzie miło, jeżeli czytający pokuszą się o komentarze... *rozdaje kieliszki*
A właściwie nie tyle co miło.
Chodzi mi głównie o wyłapanie błędów, zwrócenie uwagi na coś i dopiero wtedy opinię.
Dziękuję za przeczytanie.
Mam nadzieję, że się to komuś spodoba.
Rozdział II będzie...
...niedługo.
Przynajmniej tak myślę.
Jeszcze raz dzięęękuję~!
*macha łapką i znika*


1 komentarz:

  1. Nie wyłapałam błędów, bo spostrzegawcza to ja raczej nie jestem. Masz świetny styl, super pomysł i czekam na to co będzie dalej. Bo miałam butthurt że tu się skończyło... No ale, musiało się tu skończyć. Przynajmniej masz pewność że tu wrócę ._.
    Małe pytanie... - kiedy będzie niedługo? XD Bo nie wiem w jaką cierpliwość mam się uzbroić.

    Smacznych sterydów!
    -Koro

    OdpowiedzUsuń

Nie bój się - skomentuj. Komentarz to jest dla autora jak...
...jak sterydy dla kulturysty. XD